WSAP w mediach

Miasto nie chce ryb za 10 złotych!

Białystok. Hodowca ryb proponował miastu przekazanie amurów, które oczyściłyby staw w Dojlidach. Chciał za to tylko 10 zł, ale urząd... nie chce skorzystać z tej pomocy.

Miasto nie chce ryb za 10 złotych!

Białystok. Hodowca ryb proponował miastu przekazanie amurów, które oczyściłyby staw w Dojlidach. Chciał za to tylko 10 zł, ale urząd... nie chce skorzystać z tej pomocy.

- Kiedy  przechodzę

- Kiedy przechodzę w pobliżu stawów, czuję wydobywający się stamtąd okropny zapach - mówi były student WSAP Adam Pawluczuk z Białegostoku. - Trzeba je jak najszybciej oczyścić.

Propozycja została odrzucona po spotkaniu władz Białegostoku z Polskim Związkiem Wędkarskim. Eksperci odradzili wpuszczanie do stawów amurów, które zaoferował miastu za symboliczną cenę właściciel gospodarstwa rybackiego z Knyszyna. Według nich, stawy są zbyt zapuszczone i ryby mogłyby paść.

Gdyby miejscy urzędnicy problemem zajęli się wcześniej, mogliby wykorzystać atrakcyjną ofertę. Hodowca oferował kilogram amurów za kwotę 1 zł, a do oczyszczenia stawów potrzebne jest ok. 10 kg tych ryb. Mogłyby one zjeść tzw. rzęsę, która utworzyła się na stawie: - Połów amurów był we wtorek, kolejny dopiero za rok. Wtedy moja oferta znów będzie aktualna - mówi gospodarz z Knyszyna.

- Z roku na rok jest coraz gorzej. Najbardziej nieprzyjemnie jest w godzinach porannych. Nie polecam nikomu spaceru w tych okolicach - mówi Joanna Dolecka z działu promocji Wyższej Szkoły Administracji Publicznej, która znajduje się w pobliżu.
- Stawy nie zanieczyściły się w ciągu tygodnia. Trzeba coś z nimi w końcu zrobić - mówi rektor uczelni prof. Jerzy Kopania.

Miasto jednak nie zajmie się na razie tym problemem: - W tym roku na pewno nie będzie możliwe gruntowne oczyszczenie stawów przy pałacu Lubomirskich - mówi Tomasz Ćwikowski z Urzędu Miejskiego. - To dość kosztowna inwestycja. Myślę, że znajdzie się ona w przyszłorocznym budżecie miasta.

Gazeta Współczesna, 10.07.2008, Emilia Czaczkowska

Studia w Białymstoku

Kilkanaście szkół wyższych, kilkadziesiąt kierunków studiów. Teraz w Białymstoku studiuje około 50 tysięcy osób.

 

Od października miejsce absolwentów zajmie kilkanaście tysięcy nowych żaków. Dlaczego chcą tutaj studiować?
Zdajesz, studiujesz

Czy Białystok jest miastem akademickim? Liczbowo na pewno tak. W trzystutysięcznym mieście są trzy duże uczelnie publiczne: Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny i Politechnika Białostocka. Mamy też dwa zamiejscowe wydziały warszawskich szkół wyższych: Akademii Teatralnej i Akademii Muzycznej. Nie brakuje też uczelni niepublicznych. Tych dużych jest aż osiem. Wszystkie kształcą u siebie blisko 50 tysięcy studentów.

Poziom czy limity miejsc

Tylko czy akademickość można zmierzyć liczbami? Potrzebny jest jeszcze prestiż, wysoki poziom nauczania i przychylni uczelniom studenci.

- Kilka dni temu zalogowałem się na białostocką politechnikę. Ale to nie oznacza, że chcę tu studiować. Wolę Warszawę. Nasza uczelnia to takie koło ratunkowe, gdybym nie dostał się na PW - przyznaje Michał Kadłubowski, tegoroczny maturzysta. - O miejsce na naszej politechnice jestem spokojny. Wiem, że na niektóre kierunki techniczne można startować nawet bez matematyki. Bo liczy się liczba studentów, a nie poziom - uważa.

Ale i rankingi nie są nam przychylne. W ostatnim, który opublikowały "Rzeczpospolita” i "Perspektywy”, żadna nasza uczelnia publiczna nie znalazła się w pierwszej dziesiątce. Najwyżej, bo na 18. miejscu, był Uniwersytet Medyczny.

Gdzie tkwi problem? Czy przyjmujemy za dużo studentów i tak obniżamy poziom? - Tu zawsze jest dylemat. Przyjąć mniej, ale tych najlepszych, czy dać szansę większości, biorąc pod uwagę tylko limit miejsc? Ja jestem za tym drugim rozwiązaniem - mówi Andrzej Seweryn, dziekan wydziału mechanicznego na białostockiej politechnice.

Dwadzieścia kierunków

Czym chcą zachęcić młodzież białostockie szkoły wyższe? Największą z nich jest Uniwersytet w Białymstoku. Kształci blisko 15 tysięcy studentów.

- Na ośmiu wydziałach oferujemy młodym ludziom blisko dwadzieścia kierunków studiów, a biorąc pod uwagę specjalizacje, to ponad czterdzieści. Otwieramy też w tym roku nowy kierunek: edukację techniczno-informatyczną - mówi rektor Jerzy Nikitorowicz.

Na tej uczelni coś dla siebie znajdą i humaniści, i umysły ścisłe. - W ubiegłym roku największą popularnością cieszyła się u nas europeistyka.

- Mieliśmy aż 14 kandydatów na jedno miejsce. Więcej chętnych niż miejsc mieliśmy też na filologii angielskiej, pedagogice opiekuńczo-wychowawczej oraz prawie. Tu było siedmiu kandydatów na jedno miejsce - wymienia Irena Wasiluk, odpowiedzialna za rekrutację UwB.

Nie na każdym kierunku było tak tłoczno. Druga rekrutacja była potrzebna na fizykę, matematykę, informatykę i filologię białoruską. Ta ostatnia nie ruszyła wcale. Za mało chętnych.

Jak będzie teraz? Na pierwszy rok dziennych studiów UwB może przyjąć około trzech tysięcy żaków. Kto ma szansę zostać studentem tej uczelni? Ten, kto uzyska najlepsze wyniki na maturze pisemnej. Oceny przelicza się na punkty. Ważne są oczywiście przedmioty, które maturzyści zdawali w maju.

- Na prawo mają szansę dostać się te osoby, które zdawały egzamin z wiedzy o społeczeństwie albo historii - mówi prof. Leonard Etel, dziekan wydziału prawa. - Oczywiście, że chcielibyśmy, by startowali do nas wszyscy, którzy uzyskali sto, czyli maksymalną liczbę punktów. W ubiegłym roku przyjmowaliśmy osoby, które uzyskały 70. Możliwe, że w tym roku obniżymy próg ze względu na trudną maturę z WOS-u - dodaje dziekan.

Inżynier bez matmy?

Punkty z matury pisemnej decydują też o przyjęciu na Politechnikę Białostocką. To największa uczelnia techniczna w naszym regionie. Kształci ponad 13 tysięcy studentów. Na ośmiu wydziałach, w tym dwóch zamiejscowych, przyszli żacy mają do wyboru 25 kierunków, m.in. automatykę i robotykę, budowę maszyn, matematykę, elektrotechnikę. - A to są kierunki najbardziej potrzebne na rynku pracy - przypomina prof. Andrzej Seweryn.

- Poza tym od października planujemy otworzyć inżynierię biomedyczną, logistykę, leśnictwo oraz technikę rolną i leśną - wymienia Justyna Grodzka z biura rekrutacji PB. - Łącznie na pierwszy rok możemy przyjąć 3 tysiące studentów - dodaje.
Na większości politechnicznych kierunków potrzebny jest dobry wynik z maturalnej matematyki lub innego przedmiotu ścisłego. Ale gdy na dany kierunek brakuje chętnych, szanse na przyjęcie mają też osoby, które zdawały maturę z historii.

- Czy to obniża nasz poziom? Pierwsze lata studiów eliminują najgorszych. Poza tym taka osoba, która nie zdawała matury z matematyki, często radzi sobie lepiej niż inni - dodaje dziekan.

Miasto dla lekarzy i artystów

W naszym mieście mogą też studiować przyszli pracownicy służby zdrowia. Jednak w ogólnopolskich rankingach już nie akademia, ale Uniwersytet Medyczny jest gorzej postrzegany niż inne uczelnie medyczne.

- Ale w rankingu ministerialnym nasz wydział lekarski jest na pierwszym miejscu, farmacja na czwartym. I to jest dla nas ważne - mówi prof. Lech Chyczewski, rzecznik UMwB.

Teraz uczelnia czeka na 1100 żaków pierwszego roku. - W ubiegłym na większości kierunków mieliśmy więcej kandydatów niż miejsc. Tylko na lekarski było 1713 chętnych. Przyjęliśmy 165 osób, które miały przynajmniej 217 punktów rekrutacyjnych na 300 możliwych - dodaje prof. Lech Chyczewski.

Z Białegostoku nie trzeba też wyjeżdżać, chcąc się kształcić artystycznie. Swój wydział instrumentalno-pedagogiczny ma u nas Akademia Muzyczna w Warszawie. Młodzi ludzie mają tu do wyboru trzy kierunki: instrumentalistykę, edukację artystyczną w zakresie sztuki muzycznej oraz wokalistykę. Ich absolwenci otrzymują licencjat.

Mamy też warszawską Akademię Teatralną. Od kilkudziesięciu lat studenci mogą się kształcić na wydziale sztuki lalkarskiej. Do wyboru są dwa kierunki: aktorstwo lalkarskie i reżyseria teatru lalek. - Na pierwszy rok studiów możemy przyjąć łącznie 21 osób. Nauka kończy się tytułem magistra - mówi Wiesław Czołpiński, dziekan wydziału sztuki lalkarskiej.

- I jak patrzę na ten wybór, to nie mam wątpliwości, że jesteśmy miastem akademickim. Przestańmy ciągle mówić o zaściankowości. Bo przez to ciągle się w niej utwierdzamy - uważa Marcin Lenkiewicz, student WSAP.

Tutaj płacisz

Osiem dużych niepublicznych uczelni. Tysiące studentów. W Białymstoku można też zdobyć wykształcenie na płatnych studiach. Przyszłych żaków zapraszają do siebie Wyższa Szkoła Administracji Publicznej, Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania, Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Wyższa Szkoła Kosmetologii i Ochrony Zdrowia, Niepaństwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna, Wyższa Szkoła Menedżerska, Wyższa Szkoła Matematyki i Informatyki Użytkowej, Nauczycielskie Kolegium Rewalidacji, Resocjalizacji i Wychowania Fizycznego. Kształcą przyszłych ekonomistów, pedagogów, specjalistów od turystyki i zarządzania. Za rok nauki żądają od półtora do nawet sześciu tysięcy złotych.

A może konieczność

Kto wybiera płatne uczelnie?

- Ci, którzy nie dostali się na żadną państwową, a chcą coś robić po szkole średniej. Bo nie oszukujmy się, tam przyjmują każdego. Wyniki maturalne nie mają żadnego znaczenia. Podobno w jednej z nich zdaje się wtedy egzamin, gdy zapłaci się kolejną ratę czesnego - mówi Joanna, studentka białostockiego uniwersytetu.
Z tymi argumentami nie zgadzają się studenci płatnych uczelni. - Do tych szkół wcale nie idą najgorsi, przynajmniej do naszej - zapewniają studenci administracji na WSAP.

Marta studiuje w Wyższej Szkole Kosmetologii i Ochrony Zdrowia. - Wybrałam kosmetologię, bo mnie interesuje, a później nie powinnam mieć problemów z pracą.

Czym więc kuszą studentów szkoły niepubliczne?

Wyższa Szkoła Administracji Publicznej od lat w rankingu "Rzeczpospolitej” i "Perspektyw” uznawana jest za najlepszą szkołę licencjacką w Polsce. Nauka tu kosztuje około czterech tysięcy złotych. Studentom oferuje licencjat na pięciu kierunkach: administracja, stosunki międzynarodowe, kulturoznawstwo, filozofia i zdrowie publiczne. - Od 1 października 2008 roku planujemy także uruchomienie nowych kierunków: lingwistyki stosowanej, pedagogiki resocjalizacyjnej i gospodarki przestrzennej. Ale jeszcze czekamy na decyzję ministerstwa - mówi Joanna Dolecka, rzecznik WSAP.

Ale są stypendia

To nie koniec nowości. - Od września będziemy też prowadzić studia magisterskie na kierunku administracja - mówi prof. Jerzy Kopania, rektor WSAP.

Czy w uzyskaniu tego uprawnienia pomogła Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, od lat związana z tą uczelnią? - Pani minister nie miała na to żadnego wpływu. Decyzję o studiach magisterskich na administracji podjęła komisja akredytacyjna, którą tworzy kilkunastu profesorów. Poza tym wniosek o akredytację złożyliśmy do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji - odpowiada rektor Jerzy Kopania.

Studia magisterskie oferuje też Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania, Wyższa Szkoła Ekonomiczna i Niepaństwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Pierwsza na kierunkach: zarządzanie, finanse i rachunkowość oraz gospodarka przestrzenna, druga - ekonomia, trzecia - pedagogika. Uczelnie te mają też kierunki licencjackie.

- Nauka u nas faktycznie jest płatna, ale oferujemy młodym ludziom stypendia socjalne, naukowe - przypomina Izabela Kozłowska, rzeczniczka WSE w Białymstoku.

Jednak nasze uczelnie niepubliczne to przede wszystkim możliwość zdobycia wykształcenie na poziomie licencjatu, czyli Wyższa Szkoła Menedżerska, Wyższa Szkoła Kosmetologii i Ochrony Zdrowia, Wyższa Szkoła Matematyki i Informatyki Użtkowej. I jeszcze Nauczycielskie Kolegium Rewalidacji, Resocjalizacji i Wychowania Fizycznego.

Kurier Poranny, 30.05.2008, Marta Gawina


Justyna Rożko: Nie dla niej banał i nuda

Jak mawiają ci, którzy mieli okazję ją poznać Justyna podczas rozmowy niczego nie udaje - choć grać umie. Zarówno na instrumencie - fagocie, jak i na scenie w studenckim Teatrze Administratorium.
Ma 22 lata, licencjat filozofii uzyskany w Wyższej Szkole Administracji Publicznej (niebawem magisterka), jest absolwentką Państwowej Szkoły Muzycznej im. I. Paderewskiego (fagot). Justyna Rożko, kolejna osoba zgłoszona do "Przystanku Młodzi", pasje wylicza na jednym oddechu: teatr, literatura, muzyka i podróże - każdą z nich realizuje. Od trzech lat współtworzy przedstawienia w Teatrze Administratorium, działającym przy WSAP. Pisze wiersze, cztery lata temu ukazał się jej debiutancki tomik "Zasuszone letnie deszcze". Otrzymała za niego nagrodę na IX Pomorskim Konkursie Poetyckim im. Janusza Stanisława Pasierba w Pelpinie. Jak mówi, pisanie to przede wszystkim spontaniczność. W jej głowie pojawiają się trzy wyrazy, rzuca je na papier, dopisuje kilka słów i jest wiersz.

Marek Tyszkiewicz, aktor Teatru Dramatycznego i opiekun studenckiego Teatru Administratorium o Justynie: - Są tacy, którym wystarcza ciekawość życia. Każdego dnia starają się zrobić coś interesującego. Puby pełne są rozentuzjazmowanej, żywo dyskutującej młodzieży. O czym rozmawiają? Co ich interesuje? Literatura, poezja, muzyka, teatr, filozofia? To możliwe, jeżeli przy stoliku siedzi Justyna. Można z nią porozmawiać choćby o Italii. Dopiero co wróciła ze studenckiej wymiany programowej "Sokrates-Erazmus", w ramach której spędziła pół roku na uczelni w Parmie. Interesują ją różne kultury i narody, a wie o tym sporo, ponieważ jako członek "Europan Demokrat Students" często spotyka się z młodymi ludźmi nie tylko z południowej Europy - zachwala.

Gazeta Wyborcza, 25.05.2008, tuli


Kolego, czekam na ciebie na Podlasiu

Białystok. No dobra, mówią o nas Polska B i nazywają zacofaną krainą, ale co z tego?! - pyta Tomek Redźko, maturzysta z II Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku. - Ja swoje wiem. Wiem, że ważne jest, żeby znaleźć swoje miejsce na tym świecie i wiem, że moje jest tutaj - na Podlasiu.

 

Żyć będziemy tylko na Podlasiu – przekonują podlascy maturzyści: Justyna Rogowska, Tomasz Redźko i Piotrek Kurnicki, którzy spotkali się na konkursie „Why to stay in Podlasie” (Dlaczego zostać na Podlasiu) zorganizowanym przez WSAP.
Tomek, tak jak i ponad 17 tysięcy podlaskich maturzystów, stoi właśnie przed wyborem dalszej drogi życiowej. Jego koledzy zastanawiają się nad emigracją...
Chcą studiować na najlepszych uczelniach, robić duże pieniądze w zagranicznych firmach, zwiedzać świat...

- Białystok to dla nich "awaryjka” - Tomek kręci głową i pobłażliwie się uśmiecha. - Wielu młodych marzy o tym, żeby się stąd wyrwać, z Podlasia, z domu... A dla mnie to nie ma znaczenia: dokumenty składam na kilka uczelni, a czy się dostanę do Warszawy, Poznania czy też na Politechnikę Białostocką - co to za różnica! Mogę studiować i w Białymstoku. Zresztą, nawet jak będę studiował gdzie indziej, to i tak po studiach tutaj wrócę! Tu też można zrobić karierę!

Tu łatwiej się wybić
Piotrek Kurnicki, maturzysta z III LO w Białymstoku, wierzy, że tu jest nawet łatwiej się wybić niż w innych, dużych miastach.

- Jak ktoś chce prowadzić własną działalność, to tu, na Podlasiu, można znaleźć wiele nisz - przekonuje zdecydowanym głosem. - W Warszawie naprawdę już jest trudno wymyślić coś, co będzie przynosiło zyski, a u nas, na Podlasiu, wystarczy odrobina odwagi... Ot, chociażby mój tato: ma gabinet lekarski w Białymstoku i w Augustowie i chyba nie narzeka... W wielkiej aglomeracji, gdzie rynek jest już nasycony, z pewnością byłoby trudniej się znaleźć.

Piotr wymienia kolejne plusy mieszkania na Podlasiu: na drogach nie ma korków, żeby dojechać do pracy nie trzeba wcześnie wstawać, a żeby spotkać znajomych, wystarczy na kilka minut pojawić się w centrum miasta. Piotr mieszka w Niewodnicy, a do białostockiego "ogólniaka” dojeżdża w 25 minut. Dlatego też nawet w swoim dorosłym życiu chciałby zaszyć się na jakiejś podlaskiej wsi, a do pracy dojeżdżać...

- Jak dojazd ze wsi do centrum miasta zajmuje pół godziny, to są warunki do normalnego życia - przekonuje. - Kiedy w godzinę jesteś w stanie załatwić kilka spraw, jednocześnie przemieszczając się z jednego końca miasta na drugi, to są warunki do normalnego życia! A takie właśnie warunki dają nam podlaskie miasta, włącznie ze stolicą naszego regionu.

Dlatego też właśnie tutaj Piotrek chce spędzić swoje dorosłe życie. Nawet jeżeli przyjdzie mu studiować w innym końcu Polski, wie, że po studiach tu wróci.
A ta Polska, to gdzie?

- Znajomi mają pęd do wielkiego świata, do mieszanki kultur, jaką można spotkać na przykład w Anglii czy w Stanach Zjednoczonych, a nie wiem, dlaczego nie dostrzegają tej niezwykłej mieszanki kulturowo-religijnej, jaką serwuje nam Podlasie - dziwi się Piotr. I zaczyna snuć opowieść o przyjacielu, który wyjechał do USA, kraju, w którym nawet sprzątaczkę stać na samochód, a elektryk żyje jak pan. - Ale tam Polak nigdy nie będzie u siebie! - stwierdza.

- Moja koleżanka wyjechała do Nowego Jorku, a teraz dzwoni do mnie i mówi: kolego, czekaj na mnie na Podlasiu! - Tomek Redźko wtrąca swoją opowieść. - Ona uczy się w college`u, WF ma z Chińczykiem, matematykę z Francuzem, chemię z Kanadyjczykiem, a kiedy sama mówi, że jest z Polski, pytają ją, w której części Azji leży ten kraj? Nie da się tak żyć, kiedy na każdym kroku musisz udowadniać, że nie jesteś z trzeciego świata. Ja jestem Polskolubem, jestem podlasiolubem i nie daję na to zgody!

Justyna Rogowska, maturzystka z V LO w Białymstoku, przysłuchując się Tomkowi, ze zrozumieniem kiwa głową:

- Ja też jestem idealistką i żyjąc na Podlasiu jestem szczęśliwa - wyjaśnia po chwili. - Mimo że mam dopiero 19 lat, wiem, że to jest moje miejsce na ziemi. Nie wyobrażam sobie wyjazdu do jakiegoś miasta-molochu typu Warszawa, gdzie nie ma żadnego klimatu tylko wyścig szczurów... Nie lubię! Nie chcę!

- I ja jestem wielkim fanem Podlasia! - z entuzjazmem przyznaje Daniel Pugacz, maturzysta z LO w Drohiczynie. Od razu zastrzega, że nie zamierza studiować nigdzie indziej jak tylko w stolicy województwa: w Białymstoku. - To najpiękniejsze miejsce na ziemi! - tłumaczy. - Nawet gdyby przyszło mi wyjechać stąd na kilka lat, to właśnie na Podlasiu chciałbym spędzić drugą połowę mojego życia i wiem, że to byłaby ta lepsza połowa!

Podlaska dusza
Również Tomek Mierzejewski, maturzysta z łomżyńskiego Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących, nie wyobraża sobie, że miałby stąd wyjechać na zawsze. Bo kariera, pieniądze? Nie ma mowy! A wie co mówi, bo spędził już prawie rok ze swojego życia w Londynie. I wie, jak bardzo człowiek z Podlasia, umieszczony w wielkiej aglomeracji, tęskni za spokojem, za ciszą...

- Nie ma mowy, żeby podlaska dusza odnalazła się na dłuższą metę w takim szumie i tłoku... - przekonuje. - Owszem, można pojechać, zwiedzić, coś zobaczyć, ale żeby tak z własnej woli żyć w obcym świecie?

Michał Chyliński aktualnie zdaje maturę w augustowskim Centrum Edukacji. Od czterech lat codziennie dojeżdża do szkoły, z rodzinnego Rajgrodu.

- Jak wracam do domu po lekcjach, to od razu idę z przyjaciółmi odpocząć na Górę Zamkową, skąd roztacza się widok na jezioro i można obserwować najwspanialszy zachód słońca na ziemi! - opowiada. - I innego życia nie chcę!

Justyna Rogowska z V LO w Białymstoku, której rodzice mieszkają w Grądach Wielkich koło Wizny, nie wyobraża sobie wiosny bez widoku na rozlewiska Biebrzy, a Piotrek Kurnicki z III LO - udanych wakacji bez spływu Czarną Hańczą. Za to kochają Podlasie i dlatego właśnie tu planują się szczęśliwie zestarzeć.

Gazeta Współczesna, 9.05.2008, Dorota Naumczyk


WSAP od lat na podium

Wyższa Szkoła Administracji Publicznej od lat trzyma wysoki poziom. W rankingu dziennika Rzeczpospolita zajęła II miejsce w kraju wśród uczelni licencjackich. WSAP otrzymała również zgodę na uruchomienie II stopnia studiów magisterskich na kierunku administracja

źródło: http://www.tvbialystok.pl/


Olga Tokarczuk wśród studentów

Popularną pisarkę zaprosili studenci Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku, którzy 16 maja o 10:00 spotkają się z autorką „Bieguni” w Collegium Novum. O 16:00 Olga Tokarczuk będzie podpisywać swoją najnowszą powieść w księgarni Akcent przy białostockim Rynku Kościuszki.
Bieguni
Nowa, bardzo oczekiwana powieść, której pisarka poświęciła ostatnie trzy lata pracy. Bieguni to książka odważna, w której Olga Tokarczuk opowiada o sobie i o swoim widzeniu świata. Rzadko zdarza się obcować z dziełem tej miary, jak Bieguni Olgi Tokarczuk. Tak złożonym i przejmującym. Opowiedzenie jego treści w kilku zdaniach byłoby nadużyciem i sprzeniewierzeniem niezwykłego pomysłu tej powieści. Dlatego – nie uchylając się od swojej roli – zachęcamy do osobistej lektury, gotowej na emocje i myśli, jakie towarzyszą największej literaturze. „Ta książka stara się być lojalna wobec kakofonii i dysonansu naszego doświadczenia świata, wobec niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu, rozpadania się i ponownego tworzenia nowych konfiguracji. Jestem w niej wierna peryferiom, obszarom niedopowiedzianym, zamazanym. Powtarzam w niej własne błędy i wydaje mi się to absolutnie konieczne”.

Olga Tokarczuk

Urodziła się w 1962 w Sulechowie, studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w Wałbrzychu. Wybitna prozaiczka i eseistka, wielbicielka Junga, znawczyni filozofii i wiedzy tajemnej, autorka uhonorowana wieloma nagrodami, m.in. nagrodą Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, nagrodą Fundacji im. Kościelskich oraz kilkoma nominacjami do Nagrody Nike.
Olga Tokarczuk - powieściopisarka i eseistka, najbardziej utytułowana i najszerzej podziwiana autorka polska średniego pokolenia; laureatka wielu nagród i wyróżnień, na równi ceniona - co zdarza się niezwykle rzadko - przez krytykę literacką i szeroką publiczność czytającą. Niekwestionowane odkrycie w polskiej literaturze ostatnich lat, pisarka ceniona i przez krytyków i przez publiczność. Fenomen popularności i dobrego smaku, wiedzy i sprawności pisarskiej, filozoficznej głębi i sztuki opowiadania.
Jeszcze jako nastolatka próbowała swych sił w poezji. Potem na wiele lat zamilkła, by powrócić bardzo dobrze przyjętą przez krytykę powieścią Podróż ludzi księgi (1993). Bez wątpienia największym i najgłośniejszym jak dotąd sukcesem pisarki jest jej trzecia powieść „Prawiek i inne czasy” (1996). Tytułowy Prawiek, mityczna wioska położona rzekomo w samym środku Polski, jest archetypicznym mikrokosmosem, w którym skupiły się wszystkie znane człowiekowi radości i smutki.
"Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek" - mówi Olga Tokarczuk.

Radio Białystok, 16.05.2008, Dorota Sawicka


Julia Pitera - recepta na sukces

Julia Pitera w czwartek w Wyższej Szkole Administracji Publicznej w Białymstoku mówiła innym kobietom-politykom, jak radzi sobie z korupcją i mężczyznami.


Julia Pitera lubi komplementy od kolegów. - Jak przez miesiąc nie usłyszę żadnego, to staję przed lustrem i patrzę, co ze mną nie tak - mówi.
Kobieta czy mężczyzna - to nie ma znaczenia. Trzeba po prostu być blisko ludzi, działać. Polityka nie cierpi bezruchu - przekonywała Julia Pitera. I zachęcała kobiety do bycia politykami.
Kobiety-politycy mają często większe doświadczenie zawodowe i nierzadko są bardziej nieustępliwe od swoich kolegów. Jednak muszą więcej osiągnąć, aby zdobyć uznanie - co do tego nie miała wątpliwości żadna z uczestniczek białostockiej konferencji "Pozycja kobiet w polityce”.

Rano polityk, wieczorem kura domowa

- Co więcej, kobieta ma utrudnione zadanie: w pracy tysiące spraw do załatwienia, a kiedy wraca do domu, czeka na nią jeszcze gotowanie, dzieci, mąż - wylicza Ewa Matowicka, szefowa działu prawnego w białostockim urzędzie miejskim. Od lat kieruje zespołem miejskich prawników.
Zajęcia domowe z karierą samorządową idealnie połączyła także Stanisława Kozłowska. Od trzynastu lat jest jedną z najważniejszych osób w białostockim magistracie. I odpowiada za miejskie finanse! Zmieniali się prezydenci, a ona niezmiennie trwała na swoim stanowisku.
- Wydaje mi się, że z finansami mi do twarzy - żartuje Stanisława Kozłowska. I dodaje, że do zarządzania pieniędzmi kobiety są wręcz stworzone. - Bo tu potrzeba dużo wyobraźni i cierpliwości. A przede wszystkim szerszego spojrzenia, pokory i dystansu, do tego, co się robi, a kobiety to mają.

Kierowanie z drugiego planu

Kobiety są zgodne także co do tego, że aby dobrze funkcjonować w polityce, trzeba umieć działać na jej zapleczu.
- Mężczyźni nie bardzo to lubią, wolą być na świeczniku, pokazywać się w mediach. Kobiety robią swoje. Na szczęście mężczyźni zaczynają to doceniać - przekonuje Stanisława Kozłowska.
- A dlaczego mamy nie kierować mężczyznami? - pyta Ewa Matowicka. - Przecież w niczym się od mężczyzn nie różnimy, mamy takie same predyspozycje, a nawet więcej.
Dlatego Julia Pitera jest przeciwna faworyzowaniu kobiet na listach wyborczych.
- Feministki walczą o 30 procent miejsc. Po co? Jeśli ktoś jest dobrym kandydatem, to miejsce dostanie bez względu na płeć - denerwuje się minister. - Ja i z ostatniego miejsca się dostawałam.

Mężczyźni rządzą, kobiety pracują

Jaka jest recepta na sukces Julii Pitery?
- Praca i kontakty z ludźmi - odpowiada sama pani minister. - Kiedy zostałam członkiem rządu, powiedziałam premierowi, że mam warunek: muszę mieć jeden dzień wolny na spotkania z ludźmi. Jeśli nie, to rezygnuję.
- Mężczyźni idą do polityki po władzę, kobiety idą do pracy - mówi Izabela Pietruczuk, radna miejska. Swoją działalność społeczną przeniosła do świata polityki. Założyła nawet specjalne damskie stowarzyszenie. - Pomagamy kobietom, informujemy o ich prawach, doradzamy w karierach - wymienia Pietruczuk.
Magdalena Jaszczuk, jedna z organizatorek konferencji o miejscu kobiet w polityce, jest jeszcze studentką, ale kto wie, po studiach być może pójdzie w ślady radnej Pietruczuk. Ba, może posłem zostanie, albo i ministrem, jak Julia Pitera. Bo teraz w rządzie panie stanowią zaledwie 17 procent.
- Kobiety doskonale sprawdzają się w roli polityków i mam nadzieje, że będzie ich coraz więcej - mówi Magdalena Jaszczuk. - Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy chwili, że prezydentem albo chociaż premierem zostanie kobieta.
Ale i tak lista kobiet-polityków, które odniosły sukces, jest długa, bez względu na polityczną opcję. Joanna Kluzik-Rostkowska z PiS była wiceministrem, a później ministrem pracy, wiceministrem rozwoju regionalnego. Izabela Jaruga-Nowacka była wicepremierem i szefową partii. Barbara Kudrycka z PO najpierw trafiła do Parlamentu Europejskiego, a teraz jest ministrem nauki. Coraz większym powodzeniem cieszy się Partia Kobiet Manueli Gretkowskiej.
- To tylko pokazuje, że kobiety potrafią - mówi Krzysztof Górski, student socjologii. - Może świat zarządzany przez nie byłby mniej brutalny i bardziej poukładany...

Kurier Poranny, 17.05.2008, Agnieszka Kaszuba


Studenci honorowo oddają krew

Na białostockich uczelniach ruszyła właśnie "Wampiriada”. Tak Niezależne Zrzeszenie Studentów już po raz ósmy chce promować wśród żaków zdrowy tryb życia i zachęcić ich do honorowego oddawania krwi. - Do 29 maja będziemy gościć na poszczególnych wydziałach, w widocznych, oznakowanych miejscach. Każdy honorowy krwiodawca dostanie od nas upominek - mówi Tomasz Jóźwik, koordynator "Wampiriady”.

Do 16 maja organizatorzy akcji będą gościć na Uniwersytecie w Białymstoku, dziś - na wydziale historyczno-socjologicznym i filologicznym. W poniedziałek, 19 maja, krew będą mogli oddać studenci Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania. We wtorek "Wampiriada” będzie na WSAP, w środę - w Wyższej Szkole Ekonomicznej. 26 maja przeniesie się na Uniwersytet Medyczny, a na kolejne dwa dni - na politechnikę.

Kurier Poranny, 13.05.2008, mg


Magister po WSAP

Na zdobycie tego tytułu mogą już liczyć studenci administracji w Wyższej Szkole Administracji Publicznej w Białymstoku.

- Dostaliśmy właśnie pozytywną decyzję od Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Od października ruszamy ze studiami magisterskimi. Na razie na jednym kierunku. Ale staramy się o możliwość nadawania tytułu magistra także na kulturoznawstwie - mówi Jerzy Kopania, rektor WSAP.

Uczelnia kształci ponad pięć tysięcy studentów. Do tej pory gwarantowała młodym ludziom tylko zdobycie licencjatu na pięciu kierunkach: administracji, stosunkach międzynarodowych, kulturoznawstwie, zdrowiu publicznym i filozofii.

Kurier Poranny, 9.05.2008, mg


Dotacje dzielą studentów

Płacimy za naukę, ale jesteśmy takimi samymi studentami - przekonują żacy szkół niepublicznych.

Uczelnie niepubliczne powinny dostawać pieniądze z budżetu państwa. Wszyscy jesteśmy takimi samymi studentami. Wszyscy musimy się uczyć - mówią studentki Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku.

Uczelnie niepubliczne powinny dostawać pieniądze z budżetu państwa. Wszyscy jesteśmy takimi samymi studentami. Wszyscy musimy się uczyć - mówią studentki Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku.

- Jeżeli ktoś wybiera płatną uczelnię, to go na nią stać - odpowiadają ci z publicznych.

Takie kontrowersje wywołała zapowiedź Barbary Kudryckiej, minister nauki i szkolnictwa wyższego, która chce dofinansowywać z budżetu państwa szkoły niepubliczne. Właśnie przygotowuje odpowiedni projekt. O pieniądze mogłyby się starać szkoły, które kształcą młodzież na kierunkach m.in. inżynieryjnych, matematycznych, fizycznych.

Wszyscy równi

- Pani minister podjęła dobrą decyzję, bo do tej pory byliśmy dyskryminowani. Dzięki dotacji moglibyśmy mniej płacić za naukę. Przecież jesteśmy takimi samymi studentami, jak wszyscy - przekonuje Izabela Małachiej, studentka Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku.

Za każdy semestr nauki musi zapłacić 1900 zł. Chciała studiować na uczelni niepłatnej. I chociaż egzaminy poszły jej dobrze, z braku miejsc nie została przyjęta. Ale nie żałuje, że jest na WSAP.

- Bo nasza uczelnia kształci tak samo dobrze, jak uniwersytet czy politechnika. Trzeba się naprawdę starać, żeby zdać egzamin. W żaden sposób nie czujemy się gorsi - przypomina Agnieszka Barka, również studentka WSAP.
Płacą za naukę, bo chcą

Inaczej widzą to studenci szkół publicznych.

- Jak można dokładać do uczelni niepublicznych, kiedy brakuje dla publicznych? Wystarczy porównać budynki, w których się uczymy. Jak wygląda WSAP, a jak nasza szkoła - mówi Iwona Treszczotko, studentka Uniwersytetu w Białymstoku.
Poza tym brakuje pieniędzy na stypendia, badania naukowe, lepszy sprzęt. - Jak ktoś wybiera się na uczelnię niepubliczną, to go na to stać. A przecież mógłby studiować na publicznej. Nie jest trudno się na nią dostać - dodaje Monika Mikosz, także studentka uniwersytetu.

Opinie
Joanicjusz Nazarko, rektor Politechniki Białostockiej:

Ustawa o szkolnictwie wyższym przewiduje dofinansowanie szkół niepublicznych. Ale przy takich nakładach na szkoły publiczne, jakie mamy teraz, każde pieniądze dla szkół niepaństwowych będą ze szkodą dla nas. Dotację, którą dostajemy z ministerstwa na kształcenie studentów, prawie w dziewięćdziesięciu procentach przeznaczamy na wynagrodzenia dla pracowników. Praktycznie nie ma pieniędzy na rozwój, modernizację, rozbudowywanie laboratoriów. A my nie mamy prawa pobierać żadnych opłat od studentów stacjonarnych. Nie zarabiamy też na zaocznych, bo oni ponoszą tylko koszty nauki. Poza tym nie jest prawdą, że uczelnie niepubliczne nie są finansowane z budżetu. Praktycznie cała ich kadra pochodzi z uczelni publicznych. To one musiały ponieść koszty ich kształcenia.

Dr Mirosława Cywoniuk, prorektor Wyższej Szkoły Ekonomicznej:

Bardzo byśmy się cieszyli, gdybyśmy otrzymywali dotację z budżetu państwa. Skorzystaliby na tym przede wszystkim nasi studenci. Na pewno mniej płaciliby za semestr. Bo teraz to oni ponoszą całkowite koszty kształcenia. Poza tym w naszych szkołach, wbrew opiniom, uczą się studenci z niezamożnych rodzin. Żeby studiować, muszą pracować w czasie wakacji. A przecież nie są gorsi od tych z uczelni publicznych. Wszyscy powinni mieć takie same szanse i warunki studiowania.

Kurier Poranny, 9.02.2008, Marta Gawina


Edukacyjna eurokasa

W klasę dla belfrów zamieniła się wczoraj Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku.

Przedstawiciele 120 placówek edukacyjnych z całego województwa uczyli się, jak umiejętnie wykorzystywać w funkcjonowaniu szkół unijne fundusze.

Rozmowa z Grzegorzem Orłowskim
Jakub Medek: Na co przeciętna szkoła może dostać pieniądze z Unii?
Grzegorz Orłowski (wykładowca WSAP): Np. na infrastrukturę – nowe sale gimnastyczne, pracownie, remonty. Ale tez na szkolenia czy dodatkowe zajęcia w ramach lekcji. Dla uczniów i nauczycieli.

Kiedy będzie można sięgnąć po te pieniądze, skąd one pochodzą i ile ich jest?
- Już można po nie sięgać. Na cele związane z infrastrukturą edukacyjną nabór wniosków zaczął się na początku tego miesiąca i potrwa do końca maja. Środki pochodzą z Regionalnego Programu Operacyjnego i w tym naborze to 25 mln zł. Z propozycjami projektów tzw. miękkich, czyli szkoleniowych, zgłaszać się można od tego tygodnia. Na ten cel zarezerwowano w Podlaskiem około 20 mln zł z Europejskiego Funduszu Społecznego. Programami zawiaduje urząd marszałkowski. To jego eksperci oceniają projekty.

Czy napisanie projektu to duża sztuka?
- Pomaga tu doświadczenie i dużo cierpliwości do biurokracji. A z tym nie jest w województwie najgorzej. Na to seminarium stawili się przedstawiciele szkół ponadgimnazjalnych od Siemiatycz po Sejny.

Aby korzystać z unijnych programów, trzeba dysponować pewnym wkładem własnym. Czy w wypadku edukacji to może być bariera nie do przeskoczenia?
- Poziom dofinansowania to trzy czwarte wartości projektu – 25 proc. trzeba wyłożyć z własnych pieniędzy. Co do kosztów przygotowania projektu – w wypadku podmiotów niedoświadczonych największym problemem może być studium wykonalności projektu, za którego wykonanie specjalistyczne firmy biorą od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. W przypadku zwycięstwa w konkursie można wpisać to w koszty projektu, przy jego odrzuceniu te pieniądze niestety przepadną.

Rozmawiał Jakub edek, Gazeta Wyborcza, 16 kwietnia 2008


Warsztaty dziennikarskie

Wczoraj podczas warsztatów dziennikarskich dla białostockich licealistów w Wyższej Szkole Administracji Publicznej gościliśmy wóz transmisyjny Radia Białystok. Najlepsza relacja uczestników z ferii w WSAP nadana została na antenie, a białostoczanie zgadywali na antenie gdzie jesteśmy.
http://www.radio.bialystok.pl/ferie/index.php?action=29


Tańczyć każdy chce - rozgrzewka przed studniówką

Taniec to sposób, żeby zapomnieć o całym stresie przed maturą - mówili uczestnicy warsztatów. Poprowadził je wczoraj Piotr Gałczyk, finalista programu "You can dance”.

- Chcemy poćwiczyć przed studniówką - odpowiadały niektóre dziewczyny, gdy zapytaliśmy je, dlaczego przyszły do Kręgu.
- Bo chcemy zobaczyć Piotrka Gałczyka, naszego faworyta z programu "You can dance” - mówiły inne.
Wczoraj w Kręgu przy ulicy Wierzbowej w Białymstoku odbyły się warsztaty taneczne pod hasłem "Rozgrzewka przed studniówką”. Zorganizowała je Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku.

Bardziej z ciekawości

Było jeszcze sporo przed godziną 16, a Krąg zapełniał się młodymi ludźmi. W większości byli to maturzyści, choć nie zabrakło i gimnazjalistów.

  • Przyszłam z ciekawości - zwierzyła się nam Julita, gimnazjalistka. - Chciałam zobaczyć Piotrka na żywo i to, jak on tańczy. Wstęp jest wolny, więc pomyślałam: warto skorzystać.
  • Takie imprezy to dobra sprawa - mówiła Agata Andrzejewska z I LO w Białymstoku. - Pewnie przez dwie godziny za wiele się nie nauczymy, ale na pewno chociaż na chwilę zapomnimy o całym stresie związanym z maturą i wyborem studiów.
  • Studniówkę mamy już w niedzielę, więc mamy nadzieję, że trochę się przed nią roztańczymy - mówiły dziewczyny z I LO. Zaraz jednak dodały, że ciekawość też odegrała dużą rolę. Bo tak naprawdę nie było chyba osoby, która przyszła na warsztaty tylko po to, żeby poćwiczyć...
  • Gdyby nie nasza gwiazda, to nie wiem, czy byśmy przyszły - mówiły nam po cichu dziewczyny.

Zarazić tańcem

A co na to sam mistrz? Czy można nauczyć się tańczyć w dwie godziny? - Jasne - odpowiedział Piotrek Gałczyk. - Przede wszystkim można nauczyć się rozgrzewać swoje ciało i dbać o organizm, żeby był zawsze w dobrej kondycji. Mam też nadzieję, że uda mi się chociaż kilka osób zarazić pasją do tańca.

Czy nauka nie poszła w las? - Oczywiście, że nie - powiedziała nam po zajęciach Małgosia Garbecka. - Piotrek dał nam porządny wycisk. Mam już opanowaną choreografię. Było naprawdę fajnie.
Izabela Filipowicz, Kurier Poranny, 18 stycznia 2008

Zdjęcia z imprezy na stronie: http://wsap.edu.pl/galeria/main.php?g2_itemId=3018


WSAP 2008 mp3 - posłuchaj

Otwórz plik

 


Napisali o nas: