WSAP w mediach
Miasto nie chce ryb za 10 złotych!
Białystok. Hodowca ryb proponował miastu przekazanie amurów, które oczyściłyby staw w Dojlidach. Chciał za to tylko 10 zł, ale urząd... nie chce skorzystać z tej pomocy.
Miasto nie chce ryb za 10 złotych!
Białystok. Hodowca ryb proponował miastu przekazanie
amurów, które oczyściłyby staw w Dojlidach. Chciał za to tylko 10
zł, ale urząd... nie chce skorzystać z tej pomocy.
- Kiedy przechodzę w pobliżu stawów, czuję wydobywający się stamtąd okropny zapach - mówi były student WSAP Adam Pawluczuk z Białegostoku. - Trzeba je jak najszybciej oczyścić.
Propozycja została odrzucona po spotkaniu władz Białegostoku z Polskim Związkiem Wędkarskim. Eksperci odradzili wpuszczanie do stawów amurów, które zaoferował miastu za symboliczną cenę właściciel gospodarstwa rybackiego z Knyszyna. Według nich, stawy są zbyt zapuszczone i ryby mogłyby paść.
Gdyby miejscy urzędnicy problemem zajęli się wcześniej, mogliby wykorzystać atrakcyjną ofertę. Hodowca oferował kilogram amurów za kwotę 1 zł, a do oczyszczenia stawów potrzebne jest ok. 10 kg tych ryb. Mogłyby one zjeść tzw. rzęsę, która utworzyła się na stawie: - Połów amurów był we wtorek, kolejny dopiero za rok. Wtedy moja oferta znów będzie aktualna - mówi gospodarz z Knyszyna.
- Z roku na rok jest coraz gorzej. Najbardziej nieprzyjemnie jest
w godzinach porannych. Nie polecam nikomu spaceru w tych okolicach -
mówi Joanna Dolecka z działu promocji Wyższej Szkoły Administracji
Publicznej, która znajduje się w pobliżu.
- Stawy nie zanieczyściły się w ciągu tygodnia. Trzeba coś z nimi w
końcu zrobić - mówi rektor uczelni prof. Jerzy Kopania.
Miasto jednak nie zajmie się na razie tym problemem: - W tym roku na pewno nie będzie możliwe gruntowne oczyszczenie stawów przy pałacu Lubomirskich - mówi Tomasz Ćwikowski z Urzędu Miejskiego. - To dość kosztowna inwestycja. Myślę, że znajdzie się ona w przyszłorocznym budżecie miasta.
Gazeta Współczesna, 10.07.2008, Emilia Czaczkowska
Studia w Białymstoku
Kilkanaście szkół wyższych, kilkadziesiąt kierunków studiów. Teraz w Białymstoku studiuje około 50 tysięcy osób.
Od października miejsce absolwentów zajmie kilkanaście tysięcy
nowych żaków. Dlaczego chcą tutaj studiować?
Zdajesz, studiujesz
Czy Białystok jest miastem akademickim? Liczbowo na pewno tak. W
trzystutysięcznym mieście są trzy duże uczelnie publiczne:
Uniwersytet w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny i Politechnika
Białostocka. Mamy też dwa zamiejscowe wydziały warszawskich szkół
wyższych: Akademii Teatralnej i Akademii Muzycznej. Nie brakuje też
uczelni niepublicznych. Tych dużych jest aż osiem. Wszystkie
kształcą u siebie blisko 50 tysięcy studentów.
Poziom czy limity miejsc
Tylko czy akademickość można zmierzyć liczbami? Potrzebny jest
jeszcze prestiż, wysoki poziom nauczania i przychylni uczelniom
studenci.
- Kilka dni temu zalogowałem się na białostocką politechnikę. Ale to
nie oznacza, że chcę tu studiować. Wolę Warszawę. Nasza uczelnia to
takie koło ratunkowe, gdybym nie dostał się na PW - przyznaje Michał
Kadłubowski, tegoroczny maturzysta. - O miejsce na naszej
politechnice jestem spokojny. Wiem, że na niektóre kierunki
techniczne można startować nawet bez matematyki. Bo liczy się liczba
studentów, a nie poziom - uważa.
Ale i rankingi nie są nam przychylne. W ostatnim, który opublikowały
"Rzeczpospolita” i "Perspektywy”, żadna nasza uczelnia publiczna nie
znalazła się w pierwszej dziesiątce. Najwyżej, bo na 18. miejscu,
był Uniwersytet Medyczny.
Gdzie tkwi problem? Czy przyjmujemy za dużo studentów i tak obniżamy
poziom? - Tu zawsze jest dylemat. Przyjąć mniej, ale tych
najlepszych, czy dać szansę większości, biorąc pod uwagę tylko limit
miejsc? Ja jestem za tym drugim rozwiązaniem - mówi Andrzej Seweryn,
dziekan wydziału mechanicznego na białostockiej politechnice.
Dwadzieścia kierunków
Czym chcą zachęcić młodzież białostockie szkoły wyższe? Największą z
nich jest Uniwersytet w Białymstoku. Kształci blisko 15 tysięcy
studentów.
- Na ośmiu wydziałach oferujemy młodym ludziom blisko dwadzieścia
kierunków studiów, a biorąc pod uwagę specjalizacje, to ponad
czterdzieści. Otwieramy też w tym roku nowy kierunek: edukację
techniczno-informatyczną - mówi rektor Jerzy Nikitorowicz.
Na tej uczelni coś dla siebie znajdą i humaniści, i umysły ścisłe. -
W ubiegłym roku największą popularnością cieszyła się u nas
europeistyka.
- Mieliśmy aż 14 kandydatów na jedno miejsce. Więcej chętnych niż
miejsc mieliśmy też na filologii angielskiej, pedagogice
opiekuńczo-wychowawczej oraz prawie. Tu było siedmiu kandydatów na
jedno miejsce - wymienia Irena Wasiluk, odpowiedzialna za rekrutację
UwB.
Nie na każdym kierunku było tak tłoczno. Druga rekrutacja była
potrzebna na fizykę, matematykę, informatykę i filologię białoruską.
Ta ostatnia nie ruszyła wcale. Za mało chętnych.
Jak będzie teraz? Na pierwszy rok dziennych studiów UwB może przyjąć
około trzech tysięcy żaków. Kto ma szansę zostać studentem tej
uczelni? Ten, kto uzyska najlepsze wyniki na maturze pisemnej. Oceny
przelicza się na punkty. Ważne są oczywiście przedmioty, które
maturzyści zdawali w maju.
- Na prawo mają szansę dostać się te osoby, które zdawały egzamin z
wiedzy o społeczeństwie albo historii - mówi prof. Leonard Etel,
dziekan wydziału prawa. - Oczywiście, że chcielibyśmy, by startowali
do nas wszyscy, którzy uzyskali sto, czyli maksymalną liczbę
punktów. W ubiegłym roku przyjmowaliśmy osoby, które uzyskały 70.
Możliwe, że w tym roku obniżymy próg ze względu na trudną maturę z
WOS-u - dodaje dziekan.
Inżynier bez matmy?
Punkty z matury pisemnej decydują też o przyjęciu na Politechnikę
Białostocką. To największa uczelnia techniczna w naszym regionie.
Kształci ponad 13 tysięcy studentów. Na ośmiu wydziałach, w tym
dwóch zamiejscowych, przyszli żacy mają do wyboru 25 kierunków,
m.in. automatykę i robotykę, budowę maszyn, matematykę,
elektrotechnikę. - A to są kierunki najbardziej potrzebne na rynku
pracy - przypomina prof. Andrzej Seweryn.
- Poza tym od października planujemy otworzyć inżynierię
biomedyczną, logistykę, leśnictwo oraz technikę rolną i leśną -
wymienia Justyna Grodzka z biura rekrutacji PB. - Łącznie na
pierwszy rok możemy przyjąć 3 tysiące studentów - dodaje.
Na większości politechnicznych kierunków potrzebny jest dobry wynik
z maturalnej matematyki lub innego przedmiotu ścisłego. Ale gdy na
dany kierunek brakuje chętnych, szanse na przyjęcie mają też osoby,
które zdawały maturę z historii.
- Czy to obniża nasz poziom? Pierwsze lata studiów eliminują
najgorszych. Poza tym taka osoba, która nie zdawała matury z
matematyki, często radzi sobie lepiej niż inni - dodaje dziekan.
Miasto dla lekarzy i artystów
W naszym mieście mogą też studiować przyszli pracownicy służby
zdrowia. Jednak w ogólnopolskich rankingach już nie akademia, ale
Uniwersytet Medyczny jest gorzej postrzegany niż inne uczelnie
medyczne.
- Ale w rankingu ministerialnym nasz wydział lekarski jest na
pierwszym miejscu, farmacja na czwartym. I to jest dla nas ważne -
mówi prof. Lech Chyczewski, rzecznik UMwB.
Teraz uczelnia czeka na 1100 żaków pierwszego roku. - W ubiegłym na
większości kierunków mieliśmy więcej kandydatów niż miejsc. Tylko na
lekarski było 1713 chętnych. Przyjęliśmy 165 osób, które miały
przynajmniej 217 punktów rekrutacyjnych na 300 możliwych - dodaje
prof. Lech Chyczewski.
Z Białegostoku nie trzeba też wyjeżdżać, chcąc się kształcić
artystycznie. Swój wydział instrumentalno-pedagogiczny ma u nas
Akademia Muzyczna w Warszawie. Młodzi ludzie mają tu do wyboru trzy
kierunki: instrumentalistykę, edukację artystyczną w zakresie sztuki
muzycznej oraz wokalistykę. Ich absolwenci otrzymują licencjat.
Mamy też warszawską Akademię Teatralną. Od kilkudziesięciu lat
studenci mogą się kształcić na wydziale sztuki lalkarskiej. Do
wyboru są dwa kierunki: aktorstwo lalkarskie i reżyseria teatru
lalek. - Na pierwszy rok studiów możemy przyjąć łącznie 21 osób.
Nauka kończy się tytułem magistra - mówi Wiesław Czołpiński, dziekan
wydziału sztuki lalkarskiej.
- I jak patrzę na ten wybór, to nie mam wątpliwości, że jesteśmy
miastem akademickim. Przestańmy ciągle mówić o zaściankowości. Bo
przez to ciągle się w niej utwierdzamy - uważa Marcin Lenkiewicz,
student WSAP.
Tutaj płacisz
Osiem dużych niepublicznych uczelni. Tysiące studentów. W
Białymstoku można też zdobyć wykształcenie na płatnych studiach.
Przyszłych żaków zapraszają do siebie Wyższa Szkoła Administracji
Publicznej, Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania, Wyższa Szkoła
Ekonomiczna, Wyższa Szkoła Kosmetologii i Ochrony Zdrowia,
Niepaństwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna, Wyższa Szkoła Menedżerska,
Wyższa Szkoła Matematyki i Informatyki Użytkowej, Nauczycielskie
Kolegium Rewalidacji, Resocjalizacji i Wychowania Fizycznego.
Kształcą przyszłych ekonomistów, pedagogów, specjalistów od
turystyki i zarządzania. Za rok nauki żądają od półtora do nawet
sześciu tysięcy złotych.
A może konieczność
Kto wybiera płatne uczelnie?
- Ci, którzy nie dostali się na żadną państwową, a chcą coś robić po
szkole średniej. Bo nie oszukujmy się, tam przyjmują każdego. Wyniki
maturalne nie mają żadnego znaczenia. Podobno w jednej z nich zdaje
się wtedy egzamin, gdy zapłaci się kolejną ratę czesnego - mówi
Joanna, studentka białostockiego uniwersytetu.
Z tymi argumentami nie zgadzają się studenci płatnych uczelni. - Do
tych szkół wcale nie idą najgorsi, przynajmniej do naszej -
zapewniają studenci administracji na WSAP.
Marta studiuje w Wyższej Szkole Kosmetologii i Ochrony Zdrowia. -
Wybrałam kosmetologię, bo mnie interesuje, a później nie powinnam
mieć problemów z pracą.
Czym więc kuszą studentów szkoły niepubliczne?
Wyższa Szkoła Administracji Publicznej od lat w rankingu
"Rzeczpospolitej” i "Perspektyw” uznawana jest za najlepszą szkołę
licencjacką w Polsce. Nauka tu kosztuje około czterech tysięcy
złotych. Studentom oferuje licencjat na pięciu kierunkach:
administracja, stosunki międzynarodowe, kulturoznawstwo, filozofia i
zdrowie publiczne. - Od 1 października 2008 roku planujemy także
uruchomienie nowych kierunków: lingwistyki stosowanej, pedagogiki
resocjalizacyjnej i gospodarki przestrzennej. Ale jeszcze czekamy na
decyzję ministerstwa - mówi Joanna Dolecka, rzecznik WSAP.
Ale są stypendia
To nie koniec nowości. - Od września będziemy też prowadzić studia
magisterskie na kierunku administracja - mówi prof. Jerzy Kopania,
rektor WSAP.
Czy w uzyskaniu tego uprawnienia pomogła Barbara Kudrycka, minister
nauki i szkolnictwa wyższego, od lat związana z tą uczelnią? - Pani
minister nie miała na to żadnego wpływu. Decyzję o studiach
magisterskich na administracji podjęła komisja akredytacyjna, którą
tworzy kilkunastu profesorów. Poza tym wniosek o akredytację
złożyliśmy do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji -
odpowiada rektor Jerzy Kopania.
Studia magisterskie oferuje też Wyższa Szkoła Finansów i
Zarządzania, Wyższa Szkoła Ekonomiczna i Niepaństwowa Wyższa Szkoła
Pedagogiczna. Pierwsza na kierunkach: zarządzanie, finanse i
rachunkowość oraz gospodarka przestrzenna, druga - ekonomia, trzecia
- pedagogika. Uczelnie te mają też kierunki licencjackie.
- Nauka u nas faktycznie jest płatna, ale oferujemy młodym ludziom
stypendia socjalne, naukowe - przypomina Izabela Kozłowska,
rzeczniczka WSE w Białymstoku.
Jednak nasze uczelnie niepubliczne to przede wszystkim możliwość
zdobycia wykształcenie na poziomie licencjatu, czyli Wyższa Szkoła
Menedżerska, Wyższa Szkoła Kosmetologii i Ochrony Zdrowia, Wyższa
Szkoła Matematyki i Informatyki Użtkowej. I jeszcze Nauczycielskie
Kolegium Rewalidacji, Resocjalizacji i Wychowania Fizycznego.
Kurier Poranny, 30.05.2008, Marta Gawina
Justyna Rożko: Nie dla niej banał i nuda
Jak mawiają ci, którzy mieli okazję ją poznać Justyna podczas
rozmowy niczego nie udaje - choć grać umie. Zarówno na instrumencie
- fagocie, jak i na scenie w studenckim Teatrze Administratorium.
Ma 22 lata, licencjat filozofii uzyskany w Wyższej Szkole
Administracji Publicznej (niebawem magisterka), jest absolwentką
Państwowej Szkoły Muzycznej im. I. Paderewskiego (fagot). Justyna
Rożko, kolejna osoba zgłoszona do "Przystanku Młodzi", pasje wylicza
na jednym oddechu: teatr, literatura, muzyka i podróże - każdą z
nich realizuje. Od trzech lat współtworzy przedstawienia w Teatrze
Administratorium, działającym przy WSAP. Pisze wiersze, cztery lata
temu ukazał się jej debiutancki tomik "Zasuszone letnie deszcze".
Otrzymała za niego nagrodę na IX Pomorskim Konkursie Poetyckim im.
Janusza Stanisława Pasierba w Pelpinie. Jak mówi, pisanie to przede
wszystkim spontaniczność. W jej głowie pojawiają się trzy wyrazy,
rzuca je na papier, dopisuje kilka słów i jest wiersz.
Marek Tyszkiewicz, aktor Teatru Dramatycznego i opiekun studenckiego
Teatru Administratorium o Justynie: - Są tacy, którym wystarcza
ciekawość życia. Każdego dnia starają się zrobić coś interesującego.
Puby pełne są rozentuzjazmowanej, żywo dyskutującej młodzieży. O
czym rozmawiają? Co ich interesuje? Literatura, poezja, muzyka,
teatr, filozofia? To możliwe, jeżeli przy stoliku siedzi Justyna.
Można z nią porozmawiać choćby o Italii. Dopiero co wróciła ze
studenckiej wymiany programowej "Sokrates-Erazmus", w ramach której
spędziła pół roku na uczelni w Parmie. Interesują ją różne kultury i
narody, a wie o tym sporo, ponieważ jako członek "Europan Demokrat
Students" często spotyka się z młodymi ludźmi nie tylko z
południowej Europy - zachwala.
Gazeta Wyborcza, 25.05.2008, tuli
Kolego, czekam na ciebie na Podlasiu
Białystok. No dobra, mówią o nas Polska B i nazywają zacofaną krainą, ale co z tego?! - pyta Tomek Redźko, maturzysta z II Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku. - Ja swoje wiem. Wiem, że ważne jest, żeby znaleźć swoje miejsce na tym świecie i wiem, że moje jest tutaj - na Podlasiu.
Żyć będziemy tylko na Podlasiu – przekonują podlascy maturzyści:
Justyna Rogowska, Tomasz Redźko i Piotrek Kurnicki, którzy spotkali
się na konkursie „Why to stay in Podlasie” (Dlaczego zostać na
Podlasiu) zorganizowanym przez WSAP.
Tomek, tak jak i ponad 17 tysięcy podlaskich maturzystów, stoi
właśnie przed wyborem dalszej drogi życiowej. Jego koledzy
zastanawiają się nad emigracją...
Chcą studiować na najlepszych uczelniach, robić duże pieniądze w
zagranicznych firmach, zwiedzać świat...
- Białystok to dla nich "awaryjka” - Tomek kręci głową i pobłażliwie
się uśmiecha. - Wielu młodych marzy o tym, żeby się stąd wyrwać, z
Podlasia, z domu... A dla mnie to nie ma znaczenia: dokumenty
składam na kilka uczelni, a czy się dostanę do Warszawy, Poznania
czy też na Politechnikę Białostocką - co to za różnica! Mogę
studiować i w Białymstoku. Zresztą, nawet jak będę studiował gdzie
indziej, to i tak po studiach tutaj wrócę! Tu też można zrobić
karierę!
Tu łatwiej się wybić
Piotrek Kurnicki, maturzysta z III LO w Białymstoku, wierzy, że tu
jest nawet łatwiej się wybić niż w innych, dużych miastach.
- Jak ktoś chce prowadzić własną działalność, to tu, na Podlasiu,
można znaleźć wiele nisz - przekonuje zdecydowanym głosem. - W
Warszawie naprawdę już jest trudno wymyślić coś, co będzie
przynosiło zyski, a u nas, na Podlasiu, wystarczy odrobina odwagi...
Ot, chociażby mój tato: ma gabinet lekarski w Białymstoku i w
Augustowie i chyba nie narzeka... W wielkiej aglomeracji, gdzie
rynek jest już nasycony, z pewnością byłoby trudniej się znaleźć.
Piotr wymienia kolejne plusy mieszkania na Podlasiu: na drogach nie
ma korków, żeby dojechać do pracy nie trzeba wcześnie wstawać, a
żeby spotkać znajomych, wystarczy na kilka minut pojawić się w
centrum miasta. Piotr mieszka w Niewodnicy, a do białostockiego
"ogólniaka” dojeżdża w 25 minut. Dlatego też nawet w swoim dorosłym
życiu chciałby zaszyć się na jakiejś podlaskiej wsi, a do pracy
dojeżdżać...
- Jak dojazd ze wsi do centrum miasta zajmuje pół godziny, to są
warunki do normalnego życia - przekonuje. - Kiedy w godzinę jesteś w
stanie załatwić kilka spraw, jednocześnie przemieszczając się z
jednego końca miasta na drugi, to są warunki do normalnego życia! A
takie właśnie warunki dają nam podlaskie miasta, włącznie ze stolicą
naszego regionu.
Dlatego też właśnie tutaj Piotrek chce spędzić swoje dorosłe życie.
Nawet jeżeli przyjdzie mu studiować w innym końcu Polski, wie, że po
studiach tu wróci.
A ta Polska, to gdzie?
- Znajomi mają pęd do wielkiego świata, do mieszanki kultur, jaką
można spotkać na przykład w Anglii czy w Stanach Zjednoczonych, a
nie wiem, dlaczego nie dostrzegają tej niezwykłej mieszanki
kulturowo-religijnej, jaką serwuje nam Podlasie - dziwi się Piotr. I
zaczyna snuć opowieść o przyjacielu, który wyjechał do USA, kraju, w
którym nawet sprzątaczkę stać na samochód, a elektryk żyje jak pan.
- Ale tam Polak nigdy nie będzie u siebie! - stwierdza.
- Moja koleżanka wyjechała do Nowego Jorku, a teraz dzwoni do mnie i
mówi: kolego, czekaj na mnie na Podlasiu! - Tomek Redźko wtrąca
swoją opowieść. - Ona uczy się w college`u, WF ma z Chińczykiem,
matematykę z Francuzem, chemię z Kanadyjczykiem, a kiedy sama mówi,
że jest z Polski, pytają ją, w której części Azji leży ten kraj? Nie
da się tak żyć, kiedy na każdym kroku musisz udowadniać, że nie
jesteś z trzeciego świata. Ja jestem Polskolubem, jestem
podlasiolubem i nie daję na to zgody!
Justyna Rogowska, maturzystka z V LO w Białymstoku, przysłuchując
się Tomkowi, ze zrozumieniem kiwa głową:
- Ja też jestem idealistką i żyjąc na Podlasiu jestem szczęśliwa -
wyjaśnia po chwili. - Mimo że mam dopiero 19 lat, wiem, że to jest
moje miejsce na ziemi. Nie wyobrażam sobie wyjazdu do jakiegoś
miasta-molochu typu Warszawa, gdzie nie ma żadnego klimatu tylko
wyścig szczurów... Nie lubię! Nie chcę!
- I ja jestem wielkim fanem Podlasia! - z entuzjazmem przyznaje
Daniel Pugacz, maturzysta z LO w Drohiczynie. Od razu zastrzega, że
nie zamierza studiować nigdzie indziej jak tylko w stolicy
województwa: w Białymstoku. - To najpiękniejsze miejsce na ziemi! -
tłumaczy. - Nawet gdyby przyszło mi wyjechać stąd na kilka lat, to
właśnie na Podlasiu chciałbym spędzić drugą połowę mojego życia i
wiem, że to byłaby ta lepsza połowa!
Podlaska dusza
Również Tomek Mierzejewski, maturzysta z łomżyńskiego Zespołu Szkół
Technicznych i Ogólnokształcących, nie wyobraża sobie, że miałby
stąd wyjechać na zawsze. Bo kariera, pieniądze? Nie ma mowy! A wie
co mówi, bo spędził już prawie rok ze swojego życia w Londynie. I
wie, jak bardzo człowiek z Podlasia, umieszczony w wielkiej
aglomeracji, tęskni za spokojem, za ciszą...
- Nie ma mowy, żeby podlaska dusza odnalazła się na dłuższą metę w
takim szumie i tłoku... - przekonuje. - Owszem, można pojechać,
zwiedzić, coś zobaczyć, ale żeby tak z własnej woli żyć w obcym
świecie?
Michał Chyliński aktualnie zdaje maturę w augustowskim Centrum
Edukacji. Od czterech lat codziennie dojeżdża do szkoły, z
rodzinnego Rajgrodu.
- Jak wracam do domu po lekcjach, to od razu idę z przyjaciółmi
odpocząć na Górę Zamkową, skąd roztacza się widok na jezioro i można
obserwować najwspanialszy zachód słońca na ziemi! - opowiada. - I
innego życia nie chcę!
Justyna Rogowska z V LO w Białymstoku, której rodzice mieszkają w
Grądach Wielkich koło Wizny, nie wyobraża sobie wiosny bez widoku na
rozlewiska Biebrzy, a Piotrek Kurnicki z III LO - udanych wakacji
bez spływu Czarną Hańczą. Za to kochają Podlasie i dlatego właśnie
tu planują się szczęśliwie zestarzeć.
Gazeta Współczesna, 9.05.2008, Dorota Naumczyk
WSAP od lat na podium
Wyższa Szkoła Administracji Publicznej od lat trzyma wysoki poziom. W rankingu dziennika Rzeczpospolita zajęła II miejsce w kraju wśród uczelni licencjackich. WSAP otrzymała również zgodę na uruchomienie II stopnia studiów magisterskich na kierunku administracja
źródło: http://www.tvbialystok.pl/
Olga Tokarczuk wśród studentów
Popularną pisarkę zaprosili studenci Wyższej Szkoły Administracji
Publicznej w Białymstoku, którzy 16 maja o 10:00 spotkają się z
autorką „Bieguni” w Collegium Novum. O 16:00 Olga Tokarczuk będzie
podpisywać swoją najnowszą powieść w księgarni Akcent przy
białostockim Rynku Kościuszki.
Bieguni
Nowa, bardzo oczekiwana powieść, której pisarka poświęciła ostatnie
trzy lata pracy. Bieguni to książka odważna, w której Olga Tokarczuk
opowiada o sobie i o swoim widzeniu świata. Rzadko zdarza się
obcować z dziełem tej miary, jak Bieguni Olgi Tokarczuk. Tak
złożonym i przejmującym. Opowiedzenie jego treści w kilku zdaniach
byłoby nadużyciem i sprzeniewierzeniem niezwykłego pomysłu tej
powieści. Dlatego – nie uchylając się od swojej roli – zachęcamy do
osobistej lektury, gotowej na emocje i myśli, jakie towarzyszą
największej literaturze. „Ta książka stara się być lojalna wobec
kakofonii i dysonansu naszego doświadczenia świata, wobec
niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu, rozpadania się
i ponownego tworzenia nowych konfiguracji. Jestem w niej wierna
peryferiom, obszarom niedopowiedzianym, zamazanym. Powtarzam w niej
własne błędy i wydaje mi się to absolutnie konieczne”.
Olga Tokarczuk
Urodziła się w 1962 w Sulechowie, studiowała psychologię na
Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w Wałbrzychu. Wybitna prozaiczka
i eseistka, wielbicielka Junga, znawczyni filozofii i wiedzy
tajemnej, autorka uhonorowana wieloma nagrodami, m.in. nagrodą
Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, nagrodą Fundacji im.
Kościelskich oraz kilkoma nominacjami do Nagrody Nike.
Olga Tokarczuk - powieściopisarka i eseistka, najbardziej
utytułowana i najszerzej podziwiana autorka polska średniego
pokolenia; laureatka wielu nagród i wyróżnień, na równi ceniona - co
zdarza się niezwykle rzadko - przez krytykę literacką i szeroką
publiczność czytającą. Niekwestionowane odkrycie w polskiej
literaturze ostatnich lat, pisarka ceniona i przez krytyków i przez
publiczność. Fenomen popularności i dobrego smaku, wiedzy i
sprawności pisarskiej, filozoficznej głębi i sztuki opowiadania.
Jeszcze jako nastolatka próbowała swych sił w poezji. Potem na wiele
lat zamilkła, by powrócić bardzo dobrze przyjętą przez krytykę
powieścią Podróż ludzi księgi (1993). Bez wątpienia największym i
najgłośniejszym jak dotąd sukcesem pisarki jest jej trzecia powieść
„Prawiek i inne czasy” (1996). Tytułowy Prawiek, mityczna wioska
położona rzekomo w samym środku Polski, jest archetypicznym
mikrokosmosem, w którym skupiły się wszystkie znane człowiekowi
radości i smutki.
"Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość
opowiadaniem sobie samemu bajek" - mówi Olga Tokarczuk.
Radio Białystok, 16.05.2008, Dorota Sawicka
Julia Pitera - recepta na sukces
Julia Pitera w czwartek w Wyższej Szkole Administracji Publicznej w
Białymstoku mówiła innym kobietom-politykom, jak radzi sobie z
korupcją i mężczyznami.
Julia Pitera lubi komplementy od kolegów. - Jak przez miesiąc nie usłyszę żadnego, to staję przed lustrem i patrzę, co ze mną nie tak - mówi.
Kobieta czy mężczyzna - to nie ma znaczenia. Trzeba po prostu być blisko ludzi, działać. Polityka nie cierpi bezruchu - przekonywała Julia Pitera. I zachęcała kobiety do bycia politykami.
Kobiety-politycy mają często większe doświadczenie zawodowe i nierzadko są bardziej nieustępliwe od swoich kolegów. Jednak muszą więcej osiągnąć, aby zdobyć uznanie - co do tego nie miała wątpliwości żadna z uczestniczek białostockiej konferencji "Pozycja kobiet w polityce”.
Rano polityk, wieczorem kura domowa
- Co więcej, kobieta ma utrudnione zadanie: w pracy tysiące spraw do załatwienia, a kiedy wraca do domu, czeka na nią jeszcze gotowanie, dzieci, mąż - wylicza Ewa Matowicka, szefowa działu prawnego w białostockim urzędzie miejskim. Od lat kieruje zespołem miejskich prawników.
Zajęcia domowe z karierą samorządową idealnie połączyła także Stanisława Kozłowska. Od trzynastu lat jest jedną z najważniejszych osób w białostockim magistracie. I odpowiada za miejskie finanse! Zmieniali się prezydenci, a ona niezmiennie trwała na swoim stanowisku.
- Wydaje mi się, że z finansami mi do twarzy - żartuje Stanisława Kozłowska. I dodaje, że do zarządzania pieniędzmi kobiety są wręcz stworzone. - Bo tu potrzeba dużo wyobraźni i cierpliwości. A przede wszystkim szerszego spojrzenia, pokory i dystansu, do tego, co się robi, a kobiety to mają.
Kierowanie z drugiego planu
Kobiety są zgodne także co do tego, że aby dobrze funkcjonować w polityce, trzeba umieć działać na jej zapleczu.
- Mężczyźni nie bardzo to lubią, wolą być na świeczniku, pokazywać się w mediach. Kobiety robią swoje. Na szczęście mężczyźni zaczynają to doceniać - przekonuje Stanisława Kozłowska.
- A dlaczego mamy nie kierować mężczyznami? - pyta Ewa Matowicka. - Przecież w niczym się od mężczyzn nie różnimy, mamy takie same predyspozycje, a nawet więcej.
Dlatego Julia Pitera jest przeciwna faworyzowaniu kobiet na listach wyborczych.
- Feministki walczą o 30 procent miejsc. Po co? Jeśli ktoś jest dobrym kandydatem, to miejsce dostanie bez względu na płeć - denerwuje się minister. - Ja i z ostatniego miejsca się dostawałam.
Mężczyźni rządzą, kobiety pracują
Jaka jest recepta na sukces Julii Pitery?
- Praca i kontakty z ludźmi - odpowiada sama pani minister. - Kiedy zostałam członkiem rządu, powiedziałam premierowi, że mam warunek: muszę mieć jeden dzień wolny na spotkania z ludźmi. Jeśli nie, to rezygnuję.
- Mężczyźni idą do polityki po władzę, kobiety idą do pracy - mówi Izabela Pietruczuk, radna miejska. Swoją działalność społeczną przeniosła do świata polityki. Założyła nawet specjalne damskie stowarzyszenie. - Pomagamy kobietom, informujemy o ich prawach, doradzamy w karierach - wymienia Pietruczuk.
Magdalena Jaszczuk, jedna z organizatorek konferencji o miejscu kobiet w polityce, jest jeszcze studentką, ale kto wie, po studiach być może pójdzie w ślady radnej Pietruczuk. Ba, może posłem zostanie, albo i ministrem, jak Julia Pitera. Bo teraz w rządzie panie stanowią zaledwie 17 procent.
- Kobiety doskonale sprawdzają się w roli polityków i mam nadzieje, że będzie ich coraz więcej - mówi Magdalena Jaszczuk. - Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy chwili, że prezydentem albo chociaż premierem zostanie kobieta.
Ale i tak lista kobiet-polityków, które odniosły sukces, jest długa, bez względu na polityczną opcję. Joanna Kluzik-Rostkowska z PiS była wiceministrem, a później ministrem pracy, wiceministrem rozwoju regionalnego. Izabela Jaruga-Nowacka była wicepremierem i szefową partii. Barbara Kudrycka z PO najpierw trafiła do Parlamentu Europejskiego, a teraz jest ministrem nauki. Coraz większym powodzeniem cieszy się Partia Kobiet Manueli Gretkowskiej.
- To tylko pokazuje, że kobiety potrafią - mówi Krzysztof Górski, student socjologii. - Może świat zarządzany przez nie byłby mniej brutalny i bardziej poukładany...
Kurier Poranny, 17.05.2008, Agnieszka Kaszuba
Studenci honorowo oddają krew
Na białostockich uczelniach ruszyła właśnie "Wampiriada”. Tak
Niezależne Zrzeszenie Studentów już po raz ósmy chce promować wśród
żaków zdrowy tryb życia i zachęcić ich do honorowego oddawania krwi.
- Do 29 maja będziemy gościć na poszczególnych wydziałach, w
widocznych, oznakowanych miejscach. Każdy honorowy krwiodawca
dostanie od nas upominek - mówi Tomasz Jóźwik, koordynator "Wampiriady”.
Do 16 maja organizatorzy akcji będą gościć na Uniwersytecie w
Białymstoku, dziś - na wydziale historyczno-socjologicznym i
filologicznym. W poniedziałek, 19 maja, krew będą mogli oddać
studenci Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania. We wtorek "Wampiriada”
będzie na WSAP, w środę - w Wyższej Szkole Ekonomicznej. 26 maja
przeniesie się na Uniwersytet Medyczny, a na kolejne dwa dni - na
politechnikę.
Kurier Poranny, 13.05.2008, mg
Magister po WSAP
Na zdobycie tego tytułu mogą już liczyć studenci administracji w
Wyższej Szkole Administracji Publicznej w Białymstoku.
- Dostaliśmy właśnie pozytywną decyzję od Państwowej Komisji
Akredytacyjnej. Od października ruszamy ze studiami magisterskimi.
Na razie na jednym kierunku. Ale staramy się o możliwość nadawania
tytułu magistra także na kulturoznawstwie - mówi Jerzy Kopania,
rektor WSAP.
Uczelnia kształci ponad pięć tysięcy studentów. Do tej pory
gwarantowała młodym ludziom tylko zdobycie licencjatu na pięciu
kierunkach: administracji, stosunkach międzynarodowych,
kulturoznawstwie, zdrowiu publicznym i filozofii.
Kurier Poranny, 9.05.2008, mg
Dotacje dzielą studentów
Płacimy za naukę, ale jesteśmy takimi samymi studentami - przekonują żacy szkół niepublicznych.

Uczelnie niepubliczne powinny dostawać pieniądze z budżetu państwa. Wszyscy jesteśmy takimi samymi studentami. Wszyscy musimy się uczyć - mówią studentki Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku.
Uczelnie niepubliczne powinny dostawać pieniądze z budżetu
państwa. Wszyscy jesteśmy takimi samymi studentami. Wszyscy musimy
się uczyć - mówią studentki Wyższej Szkoły Administracji Publicznej
w Białymstoku.
- Jeżeli ktoś wybiera płatną uczelnię, to go na nią stać -
odpowiadają ci z publicznych.
Takie kontrowersje wywołała zapowiedź Barbary Kudryckiej, minister
nauki i szkolnictwa wyższego, która chce dofinansowywać z budżetu
państwa szkoły niepubliczne. Właśnie przygotowuje odpowiedni
projekt. O pieniądze mogłyby się starać szkoły, które kształcą
młodzież na kierunkach m.in. inżynieryjnych, matematycznych,
fizycznych.
Wszyscy równi
- Pani minister podjęła dobrą decyzję, bo do tej pory byliśmy
dyskryminowani. Dzięki dotacji moglibyśmy mniej płacić za naukę.
Przecież jesteśmy takimi samymi studentami, jak wszyscy - przekonuje
Izabela Małachiej, studentka Wyższej Szkoły Administracji Publicznej
w Białymstoku.
Za każdy semestr nauki musi zapłacić 1900 zł. Chciała studiować na
uczelni niepłatnej. I chociaż egzaminy poszły jej dobrze, z braku
miejsc nie została przyjęta. Ale nie żałuje, że jest na WSAP.
- Bo nasza uczelnia kształci tak samo dobrze, jak uniwersytet czy
politechnika. Trzeba się naprawdę starać, żeby zdać egzamin. W żaden
sposób nie czujemy się gorsi - przypomina Agnieszka Barka, również
studentka WSAP.
Płacą za naukę, bo chcą
Inaczej widzą to studenci szkół publicznych.
- Jak można dokładać do uczelni niepublicznych, kiedy brakuje dla
publicznych? Wystarczy porównać budynki, w których się uczymy. Jak
wygląda WSAP, a jak nasza szkoła - mówi Iwona Treszczotko, studentka
Uniwersytetu w Białymstoku.
Poza tym brakuje pieniędzy na stypendia, badania naukowe, lepszy
sprzęt. - Jak ktoś wybiera się na uczelnię niepubliczną, to go na to
stać. A przecież mógłby studiować na publicznej. Nie jest trudno się
na nią dostać - dodaje Monika Mikosz, także studentka uniwersytetu.
Opinie
Joanicjusz Nazarko, rektor Politechniki
Białostockiej:
Ustawa o szkolnictwie wyższym przewiduje dofinansowanie szkół
niepublicznych. Ale przy takich nakładach na szkoły publiczne, jakie
mamy teraz, każde pieniądze dla szkół niepaństwowych będą ze szkodą
dla nas. Dotację, którą dostajemy z ministerstwa na kształcenie
studentów, prawie w dziewięćdziesięciu procentach przeznaczamy na
wynagrodzenia dla pracowników. Praktycznie nie ma pieniędzy na
rozwój, modernizację, rozbudowywanie laboratoriów. A my nie mamy
prawa pobierać żadnych opłat od studentów stacjonarnych. Nie
zarabiamy też na zaocznych, bo oni ponoszą tylko koszty nauki. Poza
tym nie jest prawdą, że uczelnie niepubliczne nie są finansowane z
budżetu. Praktycznie cała ich kadra pochodzi z uczelni publicznych.
To one musiały ponieść koszty ich kształcenia.
Dr Mirosława Cywoniuk, prorektor Wyższej Szkoły
Ekonomicznej:
Bardzo byśmy się cieszyli, gdybyśmy otrzymywali dotację z budżetu
państwa. Skorzystaliby na tym przede wszystkim nasi studenci. Na
pewno mniej płaciliby za semestr. Bo teraz to oni ponoszą całkowite
koszty kształcenia. Poza tym w naszych szkołach, wbrew opiniom, uczą
się studenci z niezamożnych rodzin. Żeby studiować, muszą pracować w
czasie wakacji. A przecież nie są gorsi od tych z uczelni
publicznych. Wszyscy powinni mieć takie same szanse i warunki
studiowania.
Kurier Poranny, 9.02.2008, Marta Gawina
Edukacyjna eurokasa
W klasę dla belfrów zamieniła się wczoraj Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku.
Przedstawiciele 120 placówek edukacyjnych z całego województwa uczyli się, jak umiejętnie wykorzystywać w funkcjonowaniu szkół unijne fundusze.
Rozmowa z Grzegorzem Orłowskim
Jakub Medek: Na co przeciętna szkoła może dostać pieniądze z
Unii?
Grzegorz Orłowski (wykładowca WSAP): Np. na infrastrukturę – nowe
sale gimnastyczne, pracownie, remonty. Ale tez na szkolenia czy
dodatkowe zajęcia w ramach lekcji. Dla uczniów i nauczycieli.
Kiedy będzie można sięgnąć po te pieniądze, skąd one
pochodzą i ile ich jest?
- Już można po nie sięgać. Na cele związane z infrastrukturą
edukacyjną nabór wniosków zaczął się na początku tego miesiąca i
potrwa do końca maja. Środki pochodzą z Regionalnego Programu
Operacyjnego i w tym naborze to 25 mln zł. Z propozycjami projektów
tzw. miękkich, czyli szkoleniowych, zgłaszać się można od tego
tygodnia. Na ten cel zarezerwowano w Podlaskiem około 20 mln zł z
Europejskiego Funduszu Społecznego. Programami zawiaduje urząd
marszałkowski. To jego eksperci oceniają projekty.
Czy napisanie projektu to duża sztuka?
- Pomaga tu doświadczenie i dużo cierpliwości do
biurokracji. A z tym nie jest w województwie najgorzej. Na to
seminarium stawili się przedstawiciele szkół ponadgimnazjalnych od
Siemiatycz po Sejny.
Aby korzystać z unijnych programów, trzeba dysponować
pewnym wkładem własnym. Czy w wypadku edukacji to może być bariera
nie do przeskoczenia?
- Poziom dofinansowania to trzy czwarte wartości projektu – 25 proc.
trzeba wyłożyć z własnych pieniędzy. Co do kosztów przygotowania
projektu – w wypadku podmiotów niedoświadczonych największym
problemem może być studium wykonalności projektu, za którego
wykonanie specjalistyczne firmy biorą od kilku do kilkunastu tysięcy
złotych. W przypadku zwycięstwa w konkursie można wpisać to w koszty
projektu, przy jego odrzuceniu te pieniądze niestety przepadną.
Rozmawiał Jakub edek, Gazeta Wyborcza, 16 kwietnia 2008
Warsztaty dziennikarskie
Wczoraj podczas warsztatów dziennikarskich dla białostockich
licealistów w Wyższej Szkole Administracji Publicznej gościliśmy wóz
transmisyjny Radia Białystok. Najlepsza relacja uczestników z ferii
w WSAP nadana została na antenie, a białostoczanie zgadywali na
antenie gdzie jesteśmy.
http://www.radio.bialystok.pl/ferie/index.php?action=29
Tańczyć każdy chce - rozgrzewka przed studniówką
Taniec to sposób, żeby zapomnieć o całym stresie przed maturą -
mówili uczestnicy warsztatów. Poprowadził je wczoraj Piotr Gałczyk,
finalista programu "You can dance”.
- Chcemy poćwiczyć przed studniówką - odpowiadały niektóre
dziewczyny, gdy zapytaliśmy je, dlaczego przyszły do Kręgu.
- Bo chcemy zobaczyć Piotrka Gałczyka, naszego faworyta z programu "You
can dance” - mówiły inne.
Wczoraj w Kręgu przy ulicy Wierzbowej w Białymstoku odbyły się
warsztaty taneczne pod hasłem "Rozgrzewka przed studniówką”.
Zorganizowała je Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w
Białymstoku.
Bardziej z ciekawości
Było jeszcze sporo przed godziną 16, a Krąg zapełniał się młodymi
ludźmi. W większości byli to maturzyści, choć nie zabrakło i
gimnazjalistów.
- Przyszłam z ciekawości - zwierzyła się nam Julita, gimnazjalistka. - Chciałam zobaczyć Piotrka na żywo i to, jak on tańczy. Wstęp jest wolny, więc pomyślałam: warto skorzystać.
- Takie imprezy to dobra sprawa - mówiła Agata Andrzejewska z I LO w Białymstoku. - Pewnie przez dwie godziny za wiele się nie nauczymy, ale na pewno chociaż na chwilę zapomnimy o całym stresie związanym z maturą i wyborem studiów.
- Studniówkę mamy już w niedzielę, więc mamy nadzieję, że trochę się przed nią roztańczymy - mówiły dziewczyny z I LO. Zaraz jednak dodały, że ciekawość też odegrała dużą rolę. Bo tak naprawdę nie było chyba osoby, która przyszła na warsztaty tylko po to, żeby poćwiczyć...
- Gdyby nie nasza gwiazda, to nie wiem, czy byśmy przyszły - mówiły nam po cichu dziewczyny.
Zarazić tańcem
A co na to sam mistrz? Czy można nauczyć się tańczyć w dwie godziny?
- Jasne - odpowiedział Piotrek Gałczyk. - Przede wszystkim można
nauczyć się rozgrzewać swoje ciało i dbać o organizm, żeby był
zawsze w dobrej kondycji. Mam też nadzieję, że uda mi się chociaż
kilka osób zarazić pasją do tańca.
Czy nauka nie poszła w las? - Oczywiście, że nie - powiedziała nam
po zajęciach Małgosia Garbecka. - Piotrek dał nam porządny wycisk.
Mam już opanowaną choreografię. Było naprawdę fajnie.
Izabela Filipowicz, Kurier Poranny, 18 stycznia 2008
Zdjęcia z imprezy na stronie:
http://wsap.edu.pl/galeria/main.php?g2_itemId=3018
WSAP 2008 mp3 - posłuchaj
Otwórz plik
Napisali o nas:








